Muzeum Historii Polski Ilustrowany Kuryer Wojenny
Dzisiaj jest 28 czerwca 1926 roku Cena: 2 Mk Imieniny: Florentyny, Ligii, Leona
Redakcja: Muzeum Historii Polski w Warszawie, ul. Senatorska 35, 00-099 Warszawa, email: info@muzhp.pl

Tu jesteś: Strona główna » Społeczeństwo » Warszawa pod bronią!

Warszawa pod bronią!

 

Warszawa pod bronią!

(Korespond. Ilustr. Kuryera Codz.)

Warszawa, 9 sierpnia

 

 

Warszawa interesowała się zawsze życiem żołnierza z wysokości mostu Poniatowskiego. Z okazyi popołudniowych ulubionych przechadzek po tym moście. Tu jakby z lotu ptaka widać całe wnętrze koszar na Solcu z całą ich radością i dolegliwościami.

Przed miesiącami był to zwykły obraz koszarowych zabaw i ćwiczeń, dziś jest widok prawie zgromadzeń ludowych na ogromnem podwórzu. Jedno jest dziś to samo co dawniej, to jest śpiew wieczorny za wtórem orkiestry najpierw „Roty”, a potem pieśni kościelnej. „Wszystkie nasze dzienne sprawy”.

Tłok przy bramie, jest niesłychanie większy niż dawniej, gdzie krewni poborowych czekają na swoich. Także i „paka” – jak żołnierze nazywają areszt – teraz pełniejsza, a aresztanci skracają sobie nudy rozmową na migi z publicznością żeńskiego rodzaju na moście. Sam most Poniatowskiego jest w pewnych godzinach zatłoczony ochotnikami i wojskiem ćwiczącem tam abecadło wojskowe.

Tu jest jeden termometr i barometr spraw wojskowych.

A drugi to jest na pięciokilometrowej przestrzeni od Belwederu do mostu Kierbedzia. Tędy ciągną wojska na front umajone, ukwiecone i witane gorącymi okrzykami publiczności. Największą sympatyą cieszy się konnica, która też defiluje z siarczystą fantazyą, po niej zaś artyleria. Chłopcy idą i jadą z kwiatami w ręku na długich łodygach jakby ci święci pańscy z liliami ale z oczu im świętość wcale nie patrzy. Automobile pancerne toczą się z hukiem i z podziwem licznie przystającej publiczności. Wozy z rannymi witane są sympatycznie jako symptom dobry dla frontu.

Z Pragi przychodzą tylko małe oddziały wojska zmęczonego oraz długi szereg wozów ewakuacyjnych, które przywożą bez końca zrządzenia z żydowskich letnisk pod Warszawą. Tu i ówdzie trafi się prawdziwy pojazd ewakuacyjny z krowami i końmi oraz ze stosami kufrów, całym dobytkiem obywateli. Chodniki w okolicy kolumny Zygmunta zaludnione w porze południowej licznymi rzeszami polityków obu rodzajów, którzy z wielkim zajęciem, ale bardzo małem znawstwem rozprawiają o polityce.

Jakże są wdzięczni ci ludzie, gdy stanąć wśród nich i rozciąć jakem żywszem lub weselszem słowem wątpliwości, które tłoczą dusze Warszawiaków wszystkich stanów w obawie o najbliższą przyszłość nie tak jednak czarną , jak ją sobie ci brukowi politycy na podstawie swych całkiem powierzchownych spostrzeżeń malują.

Coś o chwilowej sytuacyi może tylko żołnierz frontowy czasem powiedzieć i przyznać trzeba, że to co powie, podnosi ducha. Nie spotkałem dotąd u żołnierza ducha paniki, co z uznaniem trzeba podnieść, bo przecie wojna to nie fraszki, a przy cofaniu się trudy są stokroć gorsze. Oby taką samą lojalność okazywali wszyscy, nawet w ściślejszym kółku znajomych.

Zresztą, to co żołnierz widzi przechodząc do Pragi aż w okolice Belwederu musi działać pokrzepiająco na ducha żołnierskiego, bo cała ta długa ulica Nowego Świata roi się od ruchu, idącego na pomoc armii i państwu. W zgrabnych kioskach z brzozowych okrąglaków prowadzi się agitację za pożyczką wojenną i wydobywa się z przechodniów choć po sto marek zapisów, przyczep nic nie pomaga wykazanie się, że się pożyczkę już podpisało. Nowych sto mareczek nie zaszkodzi i nie zuboży.

I sypią się pieniądze i tam i tu po rogach ulic do koszyczków tych licznych pań, które ubierają klapy surduta w małe czerwone krzyżyki na białem tle lub białe krzyżyki na czerwonem tle, ulubione ozdoby tkwiące w klapie surduta prawie każdego Warszawiaka. Gdy Krakowowi zrobiono zarzut, że nie widać na mieście nawet części tej ochoty do ofiar na rzecz Białego i Czerwonego Wzgórza, odpowiedziano, że ani Czerwony, ani Biały Krzyż do Krakowa nie dostarczyły odznak, tak, że członków Towarzystwa nie można poznać na ulicy. Czyżby tak istotnie było?

Nowością w ulicy Nowy Świat jest od poniedziałku komisya werbunkowa zasiadająca pod gołym niebem, a przyjmująca zapisy do batalionów ochotniczych obrony miasta Warszawy. Wielka czerwona biała chorągiew i żołnierz pod bronią wskazują z daleka miejsce komisyi. Tłuści młodzi paskarze obchodzą z daleka to niebezpieczne miejsce i unikają wzroku oficerów werbunkowych, dopatrując się w nich wyrzutów.

Bawi tu oko żołnierskie a bardziej jeszcze oko rekruta maszerującego z okolic prawobrzeżnych Wisły, wielka rozmaitość obrazów, zmienianych co parę dni, a ilustrujących w sposób poważny lub humorystyczny, jak nie należy siedzieć na workach złota lub włóczyć się jako gogo po mieście, lecz jak należy dawać na pożyczkę odrodzenia i prac bolszewików. Tam żołnierze polscy podpierają z trudem słaby płot, zza którego wyłamuje się dzicz bolszewicka, ówdzie znów czarny mongoł klęczy w rzece krwi z nożem w prawej, a pochodnią w lewej ręce. Ponury ten obraz daje do myślenia także chłopcom jadącym rano do miasta na targi, a jeśli siła przekonywująca obrazu jest niedostateczna, to opowiadanie chłopów zbiegłych z okolic zajętych przez bolszewików, dokonuje reszty wychowania na prawego obywatela kraju.

Mury domów i wystawy sklepów roją się od wstążek papierowych z napisami w kolorze czerwonym: „dość kłótni i namysłów, jeden front, jedna myśl”; „zwycięstwo”; „spiesz się bronić matki, żony, dzieci”; „Polki piętnujcie pogardą tchórzów”; „Poświęć wszystko dla Ojczyzny, zwycięstwo zależy tylko od ciebie”; „Hańba temu, co o sobie tylko myśli”; „Dezerterów oddawać pod sąd” itd. itp. A pod nogami na chodnikach wszędzie napisy „Czy ci ziemia polska nie pali stóp?”; „Idź na front!”, „Brońmy wolności!”, „Do broni!”.

Najbardziej zatwardziały egoista i tchórz, chodząc po tych napisach i natykając się na te wstęgi z napisami, przecie nie pędzi już życia spokojnego i bez troski, lecz pełen jest goryczy i upokorzenia , zwłaszcza, że patrole tak cywilne, jak wojskowe co chwilę przepraszają „Szanownego Pana” i proszą o dowód, gdzie jest zajęty i że w jakiś sposób do frontu nie pasuje.

A pracuje się dla frontu kopiąc, do których zabiera się bez pardonu panów z ulicy, bądź też służąc w straży obywatelskiej, która tutaj w Warszawie ma inną niż Krakowie organizacyę, bo zajmuje się czysto wojskowemi ćwiczeniami i przygotowaniem członków do służby pomocniczej na okopach.

Z satysfakcyą patrzy oko żołnierskie na to wszystko, bo widzi, że nie żołnierz tylko jeden dźwiga ciężar wojny, lecz, że całe społeczeństwo stara mu się tego ciężaru ulżyć. A gdy jeszcze stąd i zowąd kapnie czasem papieros, a piękne panienki rzekną mu w przechodzie „Cześć obrońcy Ojczyzny”, to się żołnierzowi robi swojsko w Warszawie, choćby był z dalekich stron.

 

„Ilustrowany Kuryer Codzienny”, 10 sierpnia 1920 r.


Archiwum: