Muzeum Historii Polski Ilustrowany Kuryer Wojenny
Dzisiaj jest 28 czerwca 1926 roku Cena: 2 Mk Imieniny: Florentyny, Ligii, Leona
Redakcja: Muzeum Historii Polski w Warszawie, ul. Senatorska 35, 00-099 Warszawa, email: info@muzhp.pl

Tu jesteś: Strona główna » Społeczeństwo » Obrazki wojenne

Obrazki wojenne

I  

            - Danuś, widzisz ile wozów, patrzaj moderunek jak się patrzy a twoje spodnie e czysta imitacja wszystkiemi stronami gębami rozdziawiają i szpetne płótna okazują.

            - Właśnie, dziw się spodniom, rok się w nich bez mała biję, jakem swoleżer, co czapka dobrze pokazuje, bo reszta... prawie bolszewicka.

            Zbliżyli się do wozów, już otoczonych przez wiarę, każdy grzebie coś wyciąga, to zielonawą koszule, to stany zjednoczone, lub onucze. Gwar, hałas, okrzyki radości. Wpada na to porucznik.

            - A gałgany jakieś, już się dobrały do zdobyczy, uciekajcie. To od Denikina, a właściwie angielskie, dobrze że w nasze ręce wpadło, a te mongolskie mordy ani powąchają, psia ich mać. Nie ruszać, będzie się dzielić.

            - Już ja znam te działy – szepnął Stach do Danusia – łap co uważasz pod kurtę i cicho wycofaj się z tłoku, Zbychu masz już tam co?

            - A mam, buty gumowe.

            - Et, co potem, a zresztą, może na szarugi i błoto poleskie. No, jazda w bok, a nie słaniajcie się porucznikowi, to zdobyczne będzie już na amen nasze.

            Noc, cicho, małe ognisko pod lasem, grzeją się ochotnicy, chłodno. Z boku czernieje las. Z za wychodzi czerwona tarcza księżyca, koło ognisk leżą swoleżery. Z boku pasą się konie, chrzęści trawa i cicho okrzykują się straże.

            Przy ognisko trzej bracia Nokowscy. Danuś, młode czarnowłose pachole skończył już 17 lat i ma 3 miesiące na osiemnasty, w kompanji nazywają go „weteranem”, bo przeżył już wszystkich starszych kolegów. Drugi Stach jest o 5 lat starszy, rozrośnięty, rudawy, krzepki, o bystrych oczach, wiecznie zajęty młodszemi braćmi i praktycznie na świat patrzący.

            Trzeci Nokowski Zbych, smukłe jasnowłose pacholę, skończył w maju całe 16 lat i z góry patrzy na wszystkich wstrętnych cywilów, robi tylko wyjątek dla ojca, bo ten należy do straży obywatelskiej.

            Siedzi też przy ognisku Antek zawadjaka, cwany chłopak z nad Wisły. Oglądają swoje zdobyte skarby.

            Antek wydziwia: „jakieś sielne”. Danuś na to: „A nie wiesz jakie ja pod Kijowem zdobyłem pyszne skórzane” i zaczyna opowiadać:

            - Idzie sobie cicho, ostrożnie pancerka bolszewicka, my już minę podłożyliśmy, czekamy w krzkach. Pr... pr... przejeżdża lokomotywa, my nic, drugi wagon my guzik przyciskamy i dalejże na nich z krzaków. Trzeci wagonik fajtnął, kółkami się nakrył i gotowe. Jechał tam bolszewicki komisarz, taki trochę Srul. Patrzę ma pyszne spodnie ze skóry. „Zdejmuj mi zaraz”, a sam ręce do kieszeni czy rewolweru nie ma, cokolwiek się rozebrał, wyglądał jak dziewica do ślubu na biało. Ja się przyodziałem, ale za gorąco teraz we skórach.

            - Noszę te, drutem reperowane, uwierają.

            - „Wiesz, Donek, że to pyszne, nic w rodzinie nie zginęło, bo, jak do mojej Darówki przyszli bolszewicy, podczas odstępowania z pod Kijowa to byłem w stajni, oglądałem konia. Kazali mnie się rozebrać i zabrali moje ze skóry „dubeltówki”. Dwa dni udawałem chorego, leżałem w łóżku i dopiero litościwe baby z mojego folwarku uszyły mi, jedna kurtkę ze starego chodnika, a druga ineksbrymable z worka od cukru. Lecz dość gadania trzeba spać, bo jakoś znów daleko słychać strzały, może świt znów do okopów z konia zapędzi.

            - Co ty pleciesz, gdzie kiedy szwoleżer do okopów lezie, to dobre dla tych szczurów piechockich. Zbych zaperzył się.

            - Ja słyszałem... że...

            - Nie bajdurz... spać chłopaki i niech wam się cukierki śnią, bo najwięcej do nich tęsknicie dzieciaki!...

            Owinęli się w płaszcze i pledy i na łonie matki-ziemi nie frasobliwym snem usnęli.

            Księżyc wzbił się wysoko i oświetlił nędzą ludzką, niedolę, ból i zapomnienie śmierci.

 

II

 

            Jedzie szwadron szwoleżerów, szeroka droga, kurz, gorąco... Zdaleka widać wieże kościołów we Włodzimierzu Wołyńskim... z boku wspaniałe łąki kwietne, czerwienią się makami, błyszczą chabrami i jakąś jakby stalą, a dalej... na widnokręgu biało, jakby wielkie stado mew usiadło między barwnemi kwitami... Stach pyta Antka:

            - Antek, tyś tu jak bywał, co się tak tak bieli i razem błyszczy zdala?

            - Nie wie pan! Dyć to kości... jeszcze z 16-go roku. Tam sielne okopy i druty kolczaste bez końca, może 20 odrutowań. Tamże bidoki, co im kazano atakować, nadzieli się na te druty z okopów. Walili w nich okrutnie, no i ostały tam ich ciała. Dzikie zwierzęta i ptactwo porządek z ciałem zrobiło, a kości ostały bez krześcijańskiego pogrzebu. Bez te odrutowania, to i nikt nie mógł tam zanijść, aby ich pozbierać. I powietrze było morowe. I tak to ostało...

            - Ola Boga! wołał Zbyszek... pojedźmy tam zobaczyć.

            - Można, będziemy mijali.

            - Ja wezmę jaką czaszkę na pamiątkę – zawołał Danuś.

            Podjechali... porucznik skomenderował: wolno; ten i ów skoczył z konia oglądać to pełne grozy i poezji pobojowisko. Jak okiem sięgnąć, wszędzie zagrody drucianie, a między niemi przebój na roślinność, moc kwiatów i biel kości.

            Wszystko oświecone jaskrawem lipcowem słońcem. Czaszki duże i grube, smukłe i zgrabne leżały nareszcie w zgodzie i harmonji. Danuś zaczął grzebać między kośćmi i znalazł jakiś pierścionek: dwie ręce złączone.

            Chłopcy sposępnieli, zaczęli wzdychać. Porucznik, czujny i baczny, przyjaciel młodzieży; no i już doświadczony człowiek cała 24 lata mający zobaczył ten niepożądany nastrój i zakomenderował: „Na koń!”. A gdy już na nich siedzieli, zaczął im serdecznie tłumaczyć:

            - To wszystko jedno, czy tak, czy owak do snu wiecznego utulisz głowę, grunt, aby spełnić obowiązek, jak dziadowie spełniali i oddać życie Ojczyźnie, jak na dzieci swoje zawoła.

            A teraz, chłopcy, zaśpiewajcie.

            Na to wystąpił Zbyszko:

            - Panie poruczniku, a może lepiej wszyscy razem zmówmy „Wieczny im odpoczynek...” Nie wiadomo kto i kiedy nam powie.

            - Dobrze, zmówmy, ale cicho... bo nie trzeba się rozrzewniać

            Odkryły się głowy, znieruchomieli chwilę... potem tętent koni, kurz i słońce takie gorące lipcowe wypiło wilgoć z oczu.

                                                                                                                      J.N.

 

Gazeta Warszawska, 22 sierpnia 1920 r.


Archiwum: