Muzeum Historii Polski Ilustrowany Kuryer Wojenny
Dzisiaj jest 28 czerwca 1926 roku Cena: 2 Mk Imieniny: Florentyny, Ligii, Leona
Redakcja: Muzeum Historii Polski w Warszawie, ul. Senatorska 35, 00-099 Warszawa, email: info@muzhp.pl

Tu jesteś: Strona główna » Społeczeństwo » Okropne nasiona bolszewizmu

Okropne nasiona bolszewizmu

Demoralizowanie dusz dziecięcych i szkoła miłości dla dzieci. Tworzenie chorego społeczeństwa: oto czerwone hasła  

Kraków, 25 sierpnia


Sowiecki plakat propagandowy.Za: "Wojna o wszystko", Demart, Warszawa 2010

    „Ludu polski! Stań jak jeden mąż do walki z pierzchającym wrogiem, niech żywa noga najezdnicza nie wyjdzie z polskiej ziemi!”
    Przed kilku dniami przemówił temi słowami Naczelnik Państwa i Wódz Naczelny do swego narodu. Do krwawej walki, do walki bez litości dla wroga wzywają nas słowa odezwy „za poległych w obronie ojczyzny ojców i braci, za zniszczone zbiory za zrabowane zagrody”.
    I nie przebrzmiały bez echa słowa Naczelnika. Żołnierz rzucił się z nową siłą w wir bitwy, naród cały wsparł go dostarczając ochotnika i wzmacniając front wewnętrzny i oto dzisiaj czerwone hordy w panicznej, bezładnej ucieczce szukają ratunku nie armii, lecz życia jednostek, a gdzieindziej osaczone, zaszczułe, dziesiątkami tysięcy, rzuciwszy broń wpadają w nasze ręce. Po lasach, po puszczach szukają skrzętnie chłopskie watahy, by ostaki bolszewickiego nasienia na naszej ziemi zdławić.
    Dwie są przyczyny tego pędu ogólnego do całkowitego do całkowitego wyniszczenia wroga:
    Chęć ratowania ziemi ojczystej od najazdu i potworność haseł, które bandy czerwone nam niosą.
    Któryś z głośnych pisarzy rosyjskich, bodaj że Mereżkowsky, udowadniał niedawno w świetnym artykule, że bolszewizm nie jest ideą. Przeciwnie, jest on tego tytułu jaskrawem zaprzeczeniem, jest pogromcą idei. Każda idea coś tworzy, daje jakieś wartości, bolszewizm ciągnie za sobą zagładę, zniszczenie i śmierć wszystkiego co stworzyło życie narodów – kultura.
    Zewsząd, gdzie tylko noga bolszewicka postała, nadchodzą potworne, mrożące krew w żyłach wieści o ich czynach, które stworzyła czerwona „ideja”.
    A jeszcze nie przebrzmiało echo jednej nadzwyczajnej zbrodni, już skądinąd dowiadujemy się rzeczy, które są tysiąckroć jaskrawsze i potworniejsze, niż fantazya wyległa w chorej imaginacyi Sacher Masocha, straszniejsze poszczególnie, niż wszystkie razem czyny markiza de Sade.
    Bolszewicy pragnąc zaszczepić swój ustrój wiedzą, że muszą stworzyć nowych ludzi, dla których ich czyny, życie i program byłyby czemś naturalnem. Wiec tworzą ich.
    A jak?
    Znane już są dzieje sowieckiej szkoły w Rosyi, gdzie dzieci mrą z głodu, kradną i zabijają się wzajemnie, gdzie rządzą szkolno sowiety, złożone ze smarkaczy kilku i kilkunastoletnich. Oni mają decydować o tem, co z nimi i dla nich ma czynić szkoła. Zupełnie tak samo, jakby ciężko chory, bezwładny człowiek miał mówić lekarzowi, czem i jak mam go leczyć.
    Takie sowiety szkolne zaprowadzili bolszewicy w Wilnie. Pierwszą kwestyą, jaką oddano pod obrady młodocianych rządców szkoły, było usunięcie z klas świętych obrazów.
    Sowiet młodzieży polskiej przyjął taką uchwałę, zastrzegając jednak, by miast świętych obrazów, powieszono na ścianie… krucyfiksy.
    Sowiet rozpędzono i zwołano drugi, który jednak stanął twardo na gruncie uchwał pierwszego. Wtedy bolszewicy urządzili więc w sali teatru, na którym deklarowano wspaniale „Odę do młodości” Mickiewicza i wygłoszono płomienne, porywające mowy sławiące Bolszewie w formach tak ponętnych że nie tylko bezkrytyczne umysły dzieci ale i umysły dojrzałe mogły się zachwiać. A przecież, gdy w końcu zaproponowano okrzyk na cześć „sowieckiej republiki polskiej”, ani jedne usta dziecięce, usta najmłodsze, go nie podchwyciły.
     Rozwścieczeni bolszewicy starszych chłopców i dziewczęta pognali do ciężkiej pracy rąbania drzewa, młodsze dzieci odesłali do szpitali chorób wenerycznych, aby je tam pozarażać i z takich chorych, gnijących jednostek tworzyć nowe dla siebie społeczeństwo!
    Równie okropne wieści nadeszły z Kijowa, gdzie bolszewicy otworzyli dla dzieci kilkunastoletnich szkoły miłości! W tych szkołach deprawowano dusze dwunastoletnich dzieci, przygotowując zgniły podkład, na którym już łatwiej przyjąć się może złe ziarno komunistycznej biblii.
    Czyż nie stają włosy dębem na głowie, gdy się słyszy o podobnie potwornych, podobnie wyrafinowanych zbrodniach? W starożytności wycinano dzieci: Herod miał wyciąć kilka tysięcy chłopców, Herostrad spalił cudną świątynię, działo sztuki i mrówczej pracy, a przecież zbrodnie te nawet w części nie dorównują bolszewickiej ohydzie.
    Bo tamto zło umierało razem z zakończonym dziełem. A to, które sieją twórcy nowego ładu, trwa i ma trwać: o to trwanie właśnie im idzie. O wychodowanie zdeprawowanych nie jednostek, a tłumów, o zabicie pojęcia uczciwości i etyki, o stworzenie największej swobody moralnej, dla zbrodni, aby nie było już przeszkód do zaszczepienia idei, która w zdrowej duszy się nie przyjmie, bo każdy otrząśnie się z niej z obrzydzeniem.
    Jest to zbrodnia wyrafinowana, o tysiąckroć okrutniejsza od wszystkich poprzednich, zbrodnia XX wieku.
    Nie myślimy być żandarmami Europy na Wschodzie. Nie chcemy reformować nikogo. Ale jeśli bronimy swojej niepodległości, to musimy bronić także swojej duszy narodowej, musimy starać się zniszczyć zarazę, będące obok nas, aby snać nie rzuciła się na nasz organizm.
    Walczymy więc z najeźdźcami naszej ziemi, ale jednocześnie walczymy także z podłą, nikczemną treścią nowych haseł. Bo to jest konieczność logiczna.
    Mimo wszystko niestety, musimy sobie powiedzieć, że zadaniem naszem jest równie zniszczyć czerwone hordy, jak podciąć korzenie ich nauk.
    Ognisko zarazy musimy zlokalizować i izolować się od niego jak najstaranniej.

    Kilka dni temu w „Naprzodie” ukazał się artykuł kobiecego pióra, podpisany W. G. p. t. „Z kim wojna?”. Autorka stwierdza w nim, że walczymy „przeciwko wojsku państwa rosyjskiego” (przeciw takiemu wojsku jako żywo nie walczymy), ale przeciw bolszewizmowi w Rosyi wojny nie prowadzimy. Autorka mówi:
    „Niema sensu twierdzić, że właśnie bolszewizm jest ustrojem tak wyjątkowo okropnym, że żaden przyzwoity naród nie może go tolerować ani u siebie, ani u obcych. Z wszystkiemi swemi zbrodniami bolszewizm bynajmniej nie jest gorszy od despotyzmu cesarskiego. A przecież z despotycznym caratem rosyjskim światła republika francuska żyła dziesiątki lat w najserdeczniejszym sojuszu”.
    Artykuł jest napisany jest bardzo misternie, a sens właściwy zagmatwany w szereg omówień wybucha całkiem otwarcie w zacytowanym ustępie. Aczkolwiek jest on niewątpliwie szczerym wyrazem uczuć  p. W. G., to jednak bardzo wątpimy, aby malował poglądy partyi P. P. S. które jako skrajnie przeciwne bolszewizmowi są znane. Jak więc dostał na łamy pisma, to istotna zagadka.


„Ilustrowany Kuryer Codzienny”, 27 sierpnia 1920 r.


Archiwum: